Wywiad. 22.01.2017. Materiał dla Wysokich Obcasów. Tekst i zdjęcia: Monika Kucel, Paulina Puchalska

Joanna Drozda

Uprawiam tzw. lokalizm globalny — w ramach pamiątek z podróży przywożę miejscowe kosmetyki. W Maroku kupuję olej arganowy, w Bułgarii wodę różaną. Im krótsza droga od produktu do klienta, tym lepiej

W Twojej pracy ciało to narzędzie pracy. Czy wymusza to na Tobie większą o ciało dbałość?

Bardzo długo nie podchodziłam do mojego ciała jak do czegoś, co trzeba uformować do wersji idealnej, akceptowalnej. Cieszyłam się, że jestem typem krągłym, pulchnym i, w związku z tym, w ogóle się nim podczas studiów nie zajmowałam. Wzrastałam w przekonaniu, że chcę być aktorką, która pokazuje realny wymiar kobiecego ciała. Ciała, które może mieć fałdy i niedoskonałości. Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle o siebie nie dbałam — od zawsze bardzo lubiłam pielęgnować skórę, rozciągać się i ćwiczyć. Ale nie odchudzałam się. Tyle było wokół mnie pięknych, zgrabnych dziewczyn, że myślałam sobie, że przyda się taka mniej idealna. Nie wiem, z jakiego powodu tak się przy tym upierałam. Pewnie z przekory. Wydawało mi się, że taki mam pomysł na siebie i na aktorstwo.

To co się zmieniło? Bo jesteś teraz przecież bardzo szczupła.

Zmieniło się za sprawą mojej ciąży i pewnego filmu, w którym zagrałam. Ale to długa historia. Opowiedzieć?

No pewnie!

Kręciliśmy z Anką i Wilhelmem Sasnalami “Z daleka widok jest piękny”. Grałam młodą matkę — pracownicę sklepu, która zaszła w ciążę z hurtownikiem. Był tam między innymi podjęty wątek, co to znaczy, gdy jest się w niechcianej ciąży i co czujesz, gdy twoje ciało tak totalnie się zmienia i przestaje być tylko twoje. Okazał się on na tyle mocny i konkurencyjny dla głównej idei filmu, że Sasnalowie postanowili go wyciąć, a temat macierzyństwa zostawić na kolejną produkcję pt. „Huba”.
Gdy zaproponowali mi rolę w „Hubie”, byłam akurat w 4 miesiącu ciąży, więc od razu powstał plan, żeby grać z moim dzieckiem. Plan się posypał, bo gdy zaczęliśmy kręcić, Kaj miał już 5 miesięcy i był za duży. Po pierwszych scenach okazało się również, że ja jestem do tej roli zbyt fit. Rzeczywiście — po porodzie ciało mi się rozlało do tego stopnia, że przestałam czuć się dobrze we własnej skórze. Moje zacięcie z czasów studiów na bycie „alternatywnie” pulchną już mi nie odpowiadało. Przeszłam akceptowalny dla mnie poziom naturalności.
Postanowiłam, że zajmę się swoim ciałem, że będę teraz taka jędrna i gładka. I chodziło mi o zauważalne efekty, bo ćwiczyć zawsze lubiłam, ale wcześniej robiłam to dla dobrego samopoczucia, a nie dla figury. A teraz chciałam, żeby było widać. I kropka. Udało się.

Chyba się domyślamy, co było dalej. Kazali Ci przytyć?

Odbieram telefon od Wilhelma, jego słowa brzmiały mniej więcej tak: „My byśmy chcieli, żebyś ty jednak przytyła. Z 10 kilo, a może nawet 12”. Na zastanowienie i podjęcie decyzji miałam dziesięć minut. Po ostrej debacie z moim ukochanym doszłam do wniosku, że lubię eksperymenty, a jeszcze bardziej pracę z Sasnalami, więc się zgodziłam. Potraktowałam to jak przygodę, włącznie z procesem tycia. Zafundowałam sobie dwa miesiące obserwacji, co się dokładnie dzieje z twoim ciałem i z nastrojem, gdy tyjesz.

Co jadłaś?

Postawiłam na dietę amerykańską. Godzina 22:00 — odpalamy film i zaczynam jeść: makarony, hamburgery, fryty z majonezem. Do wszystkiego dużo sosów. Pierwsze co siadło to oczywiście cera: przetłuściła się i zanieczyściła.
Mimo trudności cieszę się, że to zrobiłam. Widziałam ten film wielokrotnie — to moje ciało doprowadzone do granic swoich możliwości, nabrzmiałe, z dorobionymi przez charakteryzatorkę rozstępami, popękanymi żyłkami. Fakt, że podeszłam do tego jak do projektu, a nie zdałam się wyłącznie na charakteryzację, sprawiło, że udało mi się stworzyć autentyczny obraz, trochę stać się swoją bohaterką. Chód mi się zmienił — inaczej chodzisz, gdy jesteś taka dociążona. Poza tym, jak już mówiłam, cała praca skóry siada, tu się przetłuszcza, tam się wysusza, włosy się przetłuszczają. To była kreacja, oglądanie już nie siebie, ale kogoś. Dla mnie wszystko źle. Dla filmu wręcz przeciwnie.

I jak z tego wyszłaś?

Okazało się to trudniejsze niż myślałam. I nie zajęło mi dwóch miesięcy (jak tycie), a znacznie dłużej. Prawie rok. Zdjęcia skończyliśmy w listopadzie, kiedy jest ciemno i zimno, i jak większość ludzi szukasz pocieszenia w jedzeniu. A ja miałam nieźle rozpędzony organizm. Domagał się więcej i więcej. Na planie potrafiłam jeść dwie porcje obiadu — i jak tu na trzy, cztery wyhamować? Projekt był awangardowy i artystowski, nie było z nami dietetyka, który by kontrolował i tycie, i chudnięcie. Taka jest zresztą specyfika pracy z Wilhelmem, nie ma miejsca na udawanie.
Miałam rozregulowane nastroje, często byłam smutna, zmęczona. Wiedziałam, że to konsekwencja przytycia, bo pierwsza pocieszycielska myśl, jaka mi się włączała to: „A może sobie zjem, to mi przejdzie”. Czułam, że przestaję mieć kontrolę nad sobą, nad swoimi emocjami, nad apetytem. Porównałabym to do dialogu, jaki ma rodzic z nastoletnim dzieckiem, które zatrzasnęło przed nim drzwi. Na szczęście był to czas intensywnej pracy w teatrze. A to zupełnie jak siłownia.
Poczułam bardzo dużo empatii do dziewczyn, które chcą schudnąć, a mają np. złą przemianę materii — im bardziej chcesz schudnąć, tym bardziej się irytujesz, że nie potrafisz tego zrobić. Nie pomaga też to, czym karmi nas telewizja i media — jak powinniśmy wyglądać, żeby być akceptowani społecznie. Nie ukrywam, że jak spotykałam kogoś, kogo dawno nie widziałam, to czułam, że muszę się wytłumaczyć, dlaczego tak wyglądam. Żeby nikt nie pomyślał, że się tak roztyłam po dziecku. Nie wiem, dlaczego tak robiłam. Jak by to było coś najgorszego na świecie! Nie znajdowałam siły, żeby powiedzieć sobie: „Ej, zrobiłaś to sobie sama, to twoja sprawa”, tylko naprawdę potrzebowałam się usprawiedliwić.

A opowiesz nam o swojej ciąży? Ten stan też wiąże się ze zmianami. Jak się czułaś, jak o siebie dbałaś?

Ciąża to jeden z niewielu stanów i momentów, który przypomina nam o naszej „zwierzęcości”. To nie jest intelektualne, to nie jest kulturowe. To najprawdziwsza rzecz, jak się Ci się kiedykolwiek przytrafiła i świadomie w niej uczestniczysz.
Ja czułam się wspaniale. Miałam bardzo dużo energii, pomysłów. Byłam na haju ciąży — wszystko przeżywałam w pełni, na najwyższych rejestrach, zwłaszcza teatr. I dobrze wyglądałam, i dobrze się czułam. Cieszyłam się na samą myśl o tym, że brzuch rośnie, powiększa się.
Wszyscy mnie straszyli rozstępami. Grzecznie się więc smarowałam, bo rozstępów to jednak mieć nie chciałam. Używałam olejku arganowego, który uwielbiam i smaruję się nim od stóp do głów. Z marek — zaufałam Musteli w ciąży i po ciąży.

Jak się masz z zapachami? Są jakieś, których unikasz, które Cię denerwują?

Jestem bardzo wybredna jeśli chodzi o zapachy. Sięgam po te korzenne, roślinne, ziemiste, naturalne. Słodkie mnie drażnią, a to jest duże utrudnienie przy kręconych włosach. Większość preparatów do włosów kręconych jest upiornie słodka, „drogeryjna”. Nie jestem w stanie tego wytrzymać.

To w takim razie czego używasz do swoich pięknie skręconych włosów?

Produktów Davines, które polecił mi mój fryzjer Damian. Mam szampon, odżywkę i olejek. Nie mogę używać tylko ich psikadła, bo jako jedyny z tej serii pachnie słodko.
Ostatnio dziewczyny z charakteryzacji z TVN wynalazły mi świetny produkt L’Oréal. Nie pokażę go Wam, bo został na planie. Oprócz tego, że opakowanie jest różowe — i wygląda jak dawne dezodoranty Impuls — to jeszcze nazywa się „Hollywood Waves”. Moja pierwsza reakcja, gdy go wyjęły: „Proszę mi tego różowego świństwa na włosy nie kłaść” (śmiech).
Ale pachnie przepięknie taką lekką morską bryzą skrzyżowaną z bawełną. I robi wspaniały skręt. Nie drobne loczki jak po trwałej, ale piękny gruby skręt.

Kojarzymy Cię raczej z prostymi włosami. Wnioskujemy więc, że je prostowałaś. Dlaczego?

No prawda, noszę się naturalnie od niedawna. Wcześniej nie czułam się w nich dobrze, zbyt w stylu lat 80—tych, bo one trochę wyglądają jak trwała . Z kręconymi naprawdę jest trudno — robią, co chcą, nie masz nad nimi żadnej kontroli. Tak jak ludzie hodują w domu rośliny, to ja czuję, że mam odpowiednik tych roślin na głowie — skręcający się w różne strony niezależnie od moich potrzeb. Po myciu zawsze się zastanawiałam: „Ha! ciekawe, co dzisiaj zrobicie, jak zacznę was suszyć”.
Ta zmiana wyniknęła trochę z przypadku, trochę z bezsilności. Byliśmy w Brazylii, gdzie wilgotność sprawia, że nie masz żadnych szans na wyprostowanie włosów. Poddałam się i chodziłam z takim baranem. A wszyscy na to: „Ale sobie świetną fryzurę zrobiłaś!”. Odbiór skręconych włosów był tak pozytywny, że zupełnie przestałam się nimi przejmować.
Po powrocie Damian podciął mnie pod loki i zmienił produkty Davines z prostujących na te wspomagające skręt. Przestałam suszyć włosy suszarką, bo wtedy jeszcze bardziej się puszą. Ugniatam je i tyle.

Ciekawi nas w jaki sposób wybierasz kosmetyki? Rozmawiasz z przyjaciółkami? Pytasz się konsultantek w drogeriach?

Rozmawiam o tym sporo z moją młodszą siostrą Awą, która żyje w zgodzie z naturą — jedzeniowo i kosmetycznie. Sama robi mydła i kręci kremy. Dużo rzeczy dostaję od niej i wiele się od niej nauczyłam.
To ona mi wytłumaczyła, że zarówno jedzeniowo, jak i kosmetycznie, warto kupować lokalnie. Im krótsza droga od produktu do klienta, tym lepiej. Dla środowiska, dla przemysłu… trochę gorzej dla kapitalizmu. Taki kierunek myślenia bardzo mi się spodobał. A że lubię podróżować, to uprawiam tzw. lokalizm globalny. Kupuję miejscowe kosmetyki w ramach pamiątek turystycznych — z Maroka przywiozłam olej arganowy, z Bułgarii wodę różaną. A jeśli nie jadę ja, to proszę rodzinę i przyjaciół, żeby mi przywieźli.
Kosmetyki pielęgnacyjne wybieram często po zapachu. Nie kupię niczego, jeśli nie mogę tego powąchać. Przecież jeśli zapach nie trafi w mój gust, to nie będę kosmetyku używać, a więc się zmarnuje. Nie jestem wybredna, tylko bardzo sprecyzowana. I mam słabość do naturalnych mydeł. (Asia przynosi sztuczne jajo Faberge i wyciąga z niego mydło)

Ale masz wypasioną mydelniczkę!

Tak, mama mi je przywiozła z Chin. Szkoda, żeby tak stało bezużyteczne. Jest wspaniałą mydelniczką — mydło się nie kurzy i nie rozmięka.

Podoba nam się! Prosimy, opowiedz — do czego to, do czego tamto?

To jest mydło wybielające, które przywiozła mi siostra z Tajlandii — lokalny hit. Nie udało jej się tylko uzyskać informacji, co jest głównym, aktywnym składnikiem. Na opakowaniu były napisy wyłącznie po tajsku i zdjęcie bardzo białej Tajki, bo wybielanie jest tam ogromnym trendem. Myję nim twarz. (Asia wyciąga kolejne). To jest z kolei kawowe peelingujące mydło, które zrobiła mi Awa. Mam też od niej mydło z dziegciu. Cudowny naturalny środek na komary i kleszcze. Sprawdziliśmy, działa. Można swobodnie biegać po lasach, chaszczach i trawach. Mój mąż twierdzi, że pachnie jak nowe skórzane buty (śmiech). Faktycznie — zapach jest bardzo intensywny. Naszemu synowi bardzo się nie podoba, dlatego przechowujemy je szczelnie zamknięte i zabieramy ze sobą tylko na wyjazdy.
A to jest mydło paczulowe, kupione w ramach pamiątki w Brazylii. Paczula w perfumach bywa dosładzana innymi składnikami. Ja preferuję jej naturalny, wytrawny zapach.

Opowiesz nam jeszcze o swojej porannej rutynie? Tak całościowo, nie tylko pod kątem włosów.

W związku ze specyfiką zawodu, który wykonuję, dużo się w moim życiu zmienia i ciężko w nim o jakąkolwiek rutynę. Gdy robię spektakl w Poznaniu, to wstaję o 5 rano i nie chcę się rozbudzać prysznicem, tylko dosypiam w pociągu, a prysznic biorę już na miejscu. Także poranną rutyną jest wtedy wynalezienie stroju, który sprawi, że stanę się niewidzialna. Kaptur, szal, przeciwsłoneczne okulary. I spać.
Muszę dokładnie myć twarz, bo inaczej moja cera zaczyna się natychmiast psuć. Chlusty wodą to za mało, więc szoruję ją wspomnianymi mydłami. A potem przemywam wodą różaną. Z kremami u mnie różnie i jakoś ciągle nie po drodze. Moja cera, nawet jeśli na początku reaguje dobrze na krem, w pewnym momencie — i może to być zarówno w połowie słoika, jak i po trzech zużytych — się rozkaprysza i przestaje współpracować. Na przykład przez ostatnie dwa lata używałam Emolium, aż nagle, nie do końca wiadomo z jakiego powodu, przestał mojej skórze pasować.
Przekonałam się ostatnio na własnej skórze, że wysoka cena kremu niekoniecznie przekłada się na skuteczne działanie. Kupiłam sobie w prezencie zielony słoiczek ultra drogiego i słynnego kremu Le Mer. W ogóle się nie sprawdził. Zapychał, niewystarczająco nawilżał, wobec czego co chwilę musiałam się czymś innym ratować.
Za to jestem bardzo zadowolona z kremu Kołobrzeskie SPA. Polski produkt o bogatym składzie: borowina, bursztyn, elastyna, owies, witamina A, olej arganowy, kwas hialuronowy, arnika. I do tego pięknie pachnie! A, i jeszcze świetnie wygląda. Ubóstwiam takie rzeczy. Odrobina Kołobrzegu na co dzień w Warszawie.
Raz na tydzień robię sobie maseczkę z glinki, którą mieszam z hydrolatem z kocanki. Kocanka jest wspaniała na pękające naczynka, więc oprócz hydrolatu stosuję również tłoczony z niej olejek.

A co z resztą? Jak dbasz o ciało?

Lubię zrobić sobie peeling z oliwy i soli. Byliśmy kiedyś z przedstawieniem w Madrycie (Factory2 Lupy, a więc dużo osób, dużo kobiet). Poszliśmy całkiem sporą grupą do knajpy i bardzo długo czekaliśmy na jedzenie, co najmniej godzinę. Na stół postawili tylko chleb i oliwę, a my głodni dosłownie rzuciliśmy się na to, czego następstwem były ręce utaplane w oliwie. Jedna z dziewczyn zaczęła ją sobie wsmarowywać w ręce, mówiąc, że to przecież świetny kosmetyk. Druga wzięła sól i mówi: „A jaki z tego będzie świetny peeling”. I tak zrobiłyśmy sobie mini spa w restauracji, zabijając przy okazji czas oczekiwania.
Od tamtej pory peeling z oliwy i soli to mój mały rytuał. Można zamiast soli dodać kawy, ale nie można się wtedy oblizywać, a to spory minus. Podobnie robię z awokado, od którego jestem uzależniona. Gdy je obieram, to wcieram sobie resztki w ręce i zostaję z taka maseczką na kilka minut.
Jestem w fazie laserowania nóg, więc na dolne części ciała używam aktualnie Alantanu i Depileve’a. Laser to świetne rozwiązanie dla osób takich jak ja, czyli mających problem z wrastającymi włoskami, dla których woski i depilatory są po prostu męką.
Bardzo wszystkim polecam, szczególnie brunetkom. Już po trzech seriach różnica jest ogromna. Najfajniej jest po pierwszym zabiegu — nie mogłam się nadziwić, że nic nie wyrasta, a skóra jest tak długo gładka.

Malujesz się na co dzień?

Czasem się maluję, czasem nie, zależy dokąd idę. Gdy jadę do przedszkola, to jednak w stanie naturalnym. Czasem źle się czuję taka „niezrobiona” — większość mam jedzie stamtąd prosto do pracy, więc są eleganckie i wyszykowane. No ale trudno. Ja często albo wracam do domu, albo jadę na próbę do teatru, albo na plan, gdzie i tak mnie umalują. Kiedy nie muszę się pacykować, to od makijażu odpoczywam.
Za to lubię się delikatnie pomalować, gdy idę na spotkanie. Nakładam wtedy odrobinę podkładu, bo mam nierówną cerę. To jest akurat produkt, wobec którego mam spore oczekiwania. Musi dobrze kryć, ale nie być za ciężki i za wodnisty w konsystencji. I jeszcze odpowiednio pachnieć. Na myśl o szukaniu nowego, mazania sobie ręki w Sephorze próbkami, czekania, czy się utlenia, czy się nie utlenia, od razu mi się odechciewa. Dlatego od lat używam na zmianę dwóch sprawdzonych produktów: Parure de Lumiere Guerlain i Kanebo Sensai, który poleciła mi dawno temu Małgorzata Hajewska. Jest fajny, bo jeśli nałoży się go odrobinę, to tylko delikatnie wyrównuje koloryt. A dzięki możliwości stopniowania krycia i dokładania warstw, nadaje się też na wieczorowe wyjścia.

Ustaliłyśmy już, że jesteś bardzo wrażliwa na zapachy. Udało Ci się znaleźć perfumy, z którymi się identyfikujesz?

Długo nie mogłam na taki zapach trafić. Wreszcie skomponowałam go sama w Mo 61 Perfume Lab przy ul. Mokotowskiej. Różowy pieprz, paproć, korzenie roślin. Bardzo się cieszę, że można tak teraz kombinować. Na to często dokładam zapach świeżo ściętej trawy, który przywiozłam sobie ze Stanów.

Czy są w związku z tym jakieś produkty, które kiedyś przywiozłaś sobie z zagranicznej wycieczki, a kiedy się skończyły, ciężko było Ci się bez nich obejść?

Tak, najgenialniejsza rzecz świata — rozświetlacz Shu Uemura. To taki diamentowy pyłek, który stosuje się punktowo. Tworzy bardzo naturalny glow, a nie widać go na twarzy. Jestem od niego absolutnie uzależniona. Można tym sobie wyrysować brew, rozświetlić kości policzkowe. Poleciła mi go Monika Kaleta, charakteryzatorka.
Czyham na kogoś, kto by mi go teraz przywiózł z Londynu. To jest przykład takiej małej rzeczy, która niby nic nie robi, a tak naprawdę robi dużo.

Czegoś jeszcze nauczyłaś się od Pań charakteryzatorek?

Używania korektora, który nie sprawdził się w swojej roli, do zupełnie innego tricku. Nad ustami wszyscy mamy taką naturalną jasną kreskę. Poprawiam ją delikatnie korektorem, dzięki czemu usta nabierają kształtu. Nie używam konturówki, więc ta podpowiedź od dziewczyn z charakteryzacji bardzo się sprawdza.
Swoją drogą ciężko znaleźć korektor o idealnej konsystencji, który nie będzie się na skórze ważył. Mam wrażenie, że większość działa przy mocnej tapecie, gdy nałożysz podkład, bronzer i inne warstwy. Jeśli chcesz tylko delikatnie coś zatuszować, a twarz zostawić w spokoju i wyglądać naturalnie, to bardzo ten korektor na skórze widać. Także do mojego codziennego look’u nie udało mi się jeszcze dopasować korektora.

Co w takim razie do ust, skoro nie konturówka?

Szminki. Pokażę Wam jak bardzo w tym temacie zróżnicowana… czyli wcale (śmiech). Wszystkie moje szminki są mniej więcej w tym samym kolorze — mocny amarant, czasem wpadające w brudną ciemną malinę — i wszystkie mają matowe wykończenie.
Miałam kiedyś ukochaną szminkę — pierwszą matową, różową… Używałam jej właściwie do samego końca. Został tyci ogryzek. Zostawiłam ją podczas domówki u Jacka Poniedziałka, a on ją wyrzucił po imprezie do kosza! Mówi mi: „Joasia, ale tam prawie nic nie było…”.  Mężczyźni! Już mniejsza o tę resztkę, faktycznie mało co się ostało. Najgorsze było to, ze wycofali tę linię z produkcji. Dopiero YSL Rouge Pur Couture The Mats 8 okazała się podobna. To bohaterka wielu moich zdjęć.

Są jakieś produkty, które możesz polecić z czystym sumieniem, a które dziewczyny kupią tu, w Polsce?

Pewnie! Cream de Blush YSL — to produkt do policzków, ale ja go używam do ust i daje fajny efekt porcelanowej lalki.

Bibułki matujące, bo bardzo się świecę. Kupują mi je panie z planów filmowych.

Mgiełka Face Mist Bobbi Brown — fantastyczna, gdy długo pracujesz, pięknie pachnie i jest po prostu super. Odświeża wszystko to, co nałożyłaś sobie rano. Dzięki niej wyglądasz, jakbyś się dopiero co obudziła i zrobiła świeży make—up. Wystarczy dodać szminkę i po sprawie.

Moje ostatnie odkrycie. Primer do rzęs z Benefita — jeśli nałożysz raz, daje efekt, naturalnych, rozdzielonych, gęstych rzęs. Na co dzień używam go solo, a na większe wyjścia jako bazę.

O kosmetykach wiemy już chyba wszystko. Powiedz nam jeszcze, czy w związku z tym, że jesteś rozpoznawalna, czułaś kiedykolwiek większą presję, że musisz dobrze wyglądać?

W Warszawie jestem bardziej związana i kojarzona z teatrem, więc na ulicy mam święty spokój. Tu chcę lepiej wyglądać dla siebie, niż dla przechodniów. Za to przez udział w serialu „Dom nad rozlewiskiem” rozpoznają mnie w mniejszych miejscowościach, gdzie ogląda się więcej telewizji publicznej. Ale nie przeszkadza mi to, a wręcz lubię, kiedy ludzie mnie zaczepiają. Bo wiecie, co najczęściej słyszę? „Pani Joasiu, na żywo wygląda pani znacznie lepiej!” „Jest pani znacznie chudsza, ładniejsza i jak pani się ładnie ubiera.” „Ale pani super wygląda, w telewizji wygląda pani na starszą. A pani przecież młoda jest.” Więc odbiór mam pozytywny i takie reakcje bardzo mnie cieszą. Otwartość widzów jest duża, to miłe, że podchodzą i mówią takie rzeczy wprost.
I w PKP lubią mnie konduktorki i konduktorzy. Od razu orientuję się, gdzie, co się ogląda.

A Ty sama zwracasz uwagę na inne dziewczyny?

Uwielbiam obserwować kobiety. Nawet bardziej niż mężczyzn. Ciekawi mnie, co ze sobą zestawiają, jak się noszą. Zwracam uwagę na indywidualizm. Lubię, gdy jest inaczej, odważniej, gdy ktoś nie boi się ze sobą afiszować.
Z cech fizycznych — zawsze chciałam mieć rude włosy, więc automatycznie dziewczyny z rudą czupryną, we wszystkich odcieniach, zwracają moją uwagę.

Kiedy czujesz się atrakcyjna?

Gdy się ubiorę w obcasy! I jak mam złoty dodatek, ale nie w postaci biżuterii. Mogą to być ramiona i plecy pudrem marki Stenders z prawdziwym złotem, który dostałam od mojej przyjaciółki Małgosi Zawadzkiej z okazji premiery mojego spektaklu, może być złota torebka, kurtka ze złotymi rękawami. To jest taki pseudo luksus, który daje mi poczucie atrakcyjności.
Ale najbardziej atrakcyjna czuję się w takich zestawach pozornie „out of bed”. Sukienka, której spada ramiączko, rozchylona koszula, przyjemne w dotyku tkaniny, wystający kawałek bielizny. Niby na luzie, ale jednak sexy. Fajnie, gdy widać kawałek ciała, podoba mi się to też u innych. Szkoda, że ludzie tak mało się odkrywają. Jest tego zdecydowanie za mało. Dlatego lubię lato.

To jak się czujesz z tym, że kobiece piersi są społecznie nieakceptowalne? Że nie można ich pokazać na Instagramie — w przeciwieństwie do męskich —, że gorszy kobieta karmiąca dziecko piersią w miejscu publicznym.

Wspieram akcję „Free The Nipple”, więc zupełnie tego nie rozumiem. To jest taki klawisz, który z marszu uruchamia we mnie złość. Byliśmy teraz na wakacjach w Bułgarii, które sprawiły mi dużo radości, bo można się tam opalać topless i nikt nie robi z tego afery. I to jest świetne, bo widzisz i panie, i panów. Panie mają takie piersi, a panowie takie. Różnorodność jest całkowicie naturalna i piękna.
Wydaje mi się, że to w dużej mierze kwestia polskiej mentalności i wstydu przed własnym ciałem. Mogę to łatwo zobrazować: zrobiłam ostatnio spektakl w Poznaniu pt. EXTRAVAGANZA o miłości. Zaczyna się o 22, w teatrze jest bar, można sobie w trakcie zamówić alkohol i przekąski. W jednej ze scen dziewczyna ma robić striptiz. Wchodzi w kostiumie czyli staniku gorsecie i rozwiązywanych majtkach między publiczność i wygłasza długi monolog. Nie będę przytaczać pełnej kwestii, bo co innego jest ważne — w trakcie monologu siada na kolanach publiczności, raz u kobiet, raz u mężczyzn. Pierwsza reakcja to zawsze jest dyskomfort i lęk. A ona tak prowadzi rozmowę, że wyciąga ten lęk na wierzch, rozdmuchuje go, a potem przekłuwa jak balon. Oswaja ich ze swoim ciałem: pięknym, sexy, ale też mówiącym. Przez to striptiz przestaje być taki porno jak w klubie go go w tajemnicy przed żoną. To afirmacja ciała i to jest potrzebne.
Na końcu aktorzy kłaniają się wśród publiczności i dają sobie i widzom pocałunki . Fajnie obserwować, jak widzowie wreszcie się rozluźniają się i wchodzą w konwencję. W trakcie dwóch godzin spektaklu oswajają się z tym, że jest OK mieć ciało, jest OK objąć swoją dziewczynę czy chłopaka , jest OK dać sobie buziaka. Generujemy w tym spektaklu sytuacje, które mają uświadomić, że wszyscy tej swobody i miłości potrzebujemy. To pęka i to działa.
Problem z akceptacją ciała jest u nas powszechny. I dlatego właśnie lubię się tym tematem zajmować. Trochę nim drażnić.


Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.OK